Michał Kochańczyk na szlaku przygody

email
zaawansowane wyszukiwanie

Fitz Roy w jedenaście dni

Artykuł Piotr Lutyńskiego, zamieszczony w Taterniku, nr 1, 1985 r.

Na przełomie lat 1984- 85 Klub Wysokogórski w Krakowie zorganizował wyprawę w Andy Patagońskie. Udział w niej wzięli Wiesław Burzyński (KWK), Mirosław Dąsal (KAKA), Michał Kochańczyk (KW Trójmiasto), Jacek Kozakiewicz (KAKA) i Piotr Lutyński (kierownik- KWK). W. Burzyński przypłynął statkiem wraz z bagażem, natomiast pozostali przylecieli do Buenos Aires samolotem. 21 listopada byliśmy już wszyscy razem, by w dwa dni później odlecieć do Rio Gallegos.

STRACHY NA LACHY

Straszono nas od początku. Już w Buenos Aires miano nas odprawić z kwitkiem, jako że żaden z nas nie posiadał marynarki ani krawata. Potem był Fitz Roy, otoczony wszystkim, co najgorsze. Miały nas prześladować pumy, przy podejściu mieliśmy grzęznąć w bagnach, tubylcy z długimi nożami mieli być nie mniej groźni od pum, zaś ostatecznie dobić nas miały osławione patagońskie wichury. Rzeczywistość okazała się łaskawsza. Bagna przeszliśmy suchą nogą, wiatry nas dziwnie oszczędzały, chyba wiedząc, że nie jesteśmy zbyt dobrze wyekwipowani, tubylcy zaś byli naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Tak dotarliśmy do doliny rzeki Electrico, gdzie 1 grudnia założyliśmy bazę w szałasie żyjącego tam ongiś pustelnika. To miejsce zapadło nam głęboki w serca, a duch świątobliwego męża czuwał nad nami.

Stromym piarżystym stokiem, następnie zaś małym lodowczykiem wchodziliśmy na przełęcz Quadro, położoną na północ od szczytu Guillaumet i obniżaliśmy się na stronę lodowca Fitz Roy Norte. Tam, zaraz pod przełęczą, zbudowaliśmy w zaspie lodowośnieżnej pierwszą grotę lodową, w której ustawiliśmy namiot. Stała się ona punktem pośrednim w drodze w drodze pod ścianę. Od groty schodziło się na lodowiec Fitz Roy Norte, który trawersowaliśmy przy skałach, by następnie stromym wiszącym lodowcem ruszyć w górę w kierunku naszej ściany. W połowie podejścia wykopaliśmy drugą grotę lodową, która została również wyposażona w sprzęt biwakowy i żywność. Od niej w ciągu godziny dochodziło się do podstawy ściany.

Nasza droga wieźć miała olbrzymim zacięciem liczącym 1200 m wysokości, z lewej ograniczonym filarem Casarotta, z prawej zaś monolityczny brzuchem skalnym, wyrastającym w środku północnej ściany. Zacięcie w dolnej części przechodzi w komin z kilkoma równoległymi do niego rysami. Górna, 800-metrowa część po prawej stronie zbudowana jest z ogromnych litych płyt, dachówkowo na siebie nasuniętych, poprzecinanych paroma równoległymi rysami, podczas gdy stronę lewą tworzą spiętrzenia olbrzymich bloków, miejscami spękanych i sprawiających wrażenie niestabilnych. Ogromny skrót perspektywiczny, w jakim widzieliśmy ścianę, napawał nas optymizmem i budził nadzieję na szybkie uporanie się z problemem. To złudzenie, wynikłe ze stromości ściany, towarzyszyło nam niemal do końca wspinaczki.

NOWĄ DROGĄ NA FITZ ROY

Już wyjeżdżając z Polski byliśmy zdecydowani na poręczowanie ściany, co przy złej pogodzie dawało możliwość szybkiego wycofania się, jak i po jej poprawie - powrotu do uprzednio osiągniętego punktu. Na Fitz Roy chyba wszystkie nowe drogi zostały poprowadzone tą metodą. Pokonanie 400 m dolnej partii północnej (NNW) ściany zajęło nam dni 6, 12, 13 i 14 grudnia 1984. Stopniowo rozpinaliśmy liny. Najpierw były zalodzone rysy i kominy, które trzeba było pokonywać w rakach, nierzadko odwołując doprowadziły nas one na małą kazalniczkę zawieszoną nad podstawą ściany. Opatuleni w śpiwory i płachty biwakowaliśmy na niej, oczekując świtu. Przed nami był wspaniały widok na Lądolód Patagoński. Przenieśliśmy tu nasz biwak z groty lodowej, skąd codzienne zjeżdżanie na lodowiec i podchodzenie zajmowało zbyt wiele czasu.

Nad półką biwakową droga nasza wiodła prawą stroną zacięcia- pod ogromny monolityczny filar, tkwiący w środku północnej ściany. Następnie trawersami w lewo dotarliśmy do lity płyt, ograniczających zacięcie. Ten 600-metrowy system dachówkowatych płyt robił wielkie wrażenie. Rysami przecinającymi je wznosiliśmy się coraz to wyżej, rozpinając liny poręczowe i zjeżdżając na noc do półki biwakowej na kazalniczce. Prowadziliśmy w zespołach dwójkowych, zmieniając się tak, aby w ścianę wchodziła dwójka wypoczęta. Miejscami rysy zmuszały nas do wahadeł linowych i przerzucania się z jednej do drugiej. W środku wielkiego zacięcia napotkaliśmy przyklejone do jego ścian pólki śnieżne, nad którym dalsza droga wiodła w okapach lewego ograniczenia zacięcia, następnie zaś rysami monolitycznych płyt. Równoległe rysy i brak miejsca na zakładanie stanowisk zmuszały nas miejscami do równoczesnego posuwania się, metodą tzw. gąsienicy.

Sześć dni (16-22 grudnia) zajęło nam pokonanie zacięcia ponad półką biwakową. Na przełęczy oddzielającej filar Casarotta, jakby przylepionego do korpusu Fitz Roya, połączyliśmy się z drogą tego znanego solisty włoskiego, poprowadzoną w r. 1979. W kierunku wschodnim opada stąd inne wielkie zacięcie, którym drogę wytyczyli w r. 1983 Jugosłowianie. Zabiwakowaliśmy na przełęczy.

JESTEM NA SZCZYCIE

24 grudnia rano- w dzień wigilii Bożego Narodzenia- zupełnie niespodziewanie pojawili się dwaj Amerykanie, Alan Kearney i Bobby Knight, którzy w 4-dniowej wspinaczce dokonali drugiego przejścia drogi Casarotta. Podzieliliśmy się z nimi naszymi skromnymi zapasami i ruszyliśmy w górę. Droga wiodła trudnym terenem skalnym, w którym znajdowaliśmy liczne ślady po Włochu (karabinki, liny). Potem zaczęły się pola śnieżne. O godzinie 15 z otaczającej nas mgły dobiegłradosny okrzyk prowadzącego Jacka Kozaczkiewicza: ?Chłopaki, jestem na szczycie!?. Powtarzaliśmy sobie z niewiarą tę trochę abstrakcyjną wiadomość. Szczyt tworzyła grań z kilkunastoma kamieniami, z których jeden był punktem najwyższym. Otaczające nas dotąd chmury obniżyły się. Przed sobą zobaczyliśmy Cerro Torre i Poincenot. Robiliśmy zdjęcia, na karteczce zapisaliśmy nasze nazwiska i w woreczku foliowym wsunęliśmy je pod kopczyk ułożony z kamieni. Był pod nim emblemat wyprawy szwajcarskiej, były też dwa karabinki, a na jednym znane nam nazwisko ?Ghilini?.

Po półtorej godzinie chmury ogarnęły nas ponownie, zrobiło się mroczno i zaczął sypać śnieg. Rozpoczęliśmy zjazd na przełęcz, po drodze spotykając idących do szczytu Amerykanów. O zmierzchu byliśmy na przełęczy, gdzie o godzinie 21 zjedliśmy naszą wieczerzę wigilijną. Po całonocnym koncercie złożonym z kolęd i kłapania szczęk ( z zimna, oczywiście), o świcie wystartowaliśmy do dalszych zjazdów. Zajęły nam one calutki dzień i dopiero w nocy wylądowaliśmy pod ścianą, poniżej szczeliny brzeżnej. Nad nami było roziskrzone gwiazdami niebo. Zrzuciliśmy z ramion plecaki pełne zebranego ze ściany sprzętu i zwinięci w kłębek zasnęliśmy na wydłubanym w dolnej wardze szczeliny brzeżnej stopniu. Był 26 grudnia, godzina 1 w nocy.

Obudził nas dzień pełen słońca, jednak na niebie pojawiły się długie, rozciągnięte na przestrzeni wielu kilometrów cygara chmur, wróżące załamanie pogody. Patrzyliśmy na nie zupełnie obojętnie - już nam nie zagrażały.

*

Pokonana została północna ściana Fitz Roya, nową bardzo trudną drogą (V+, A1),liczącą do przełęczy 33 wyciągi. Podczas wspinania używaliśmy sprzętu metalowego produkcji Chuinarda, Interlap CAMP oraz Simona, natomiast lin firmy Edelrid. Do gotowania służyły nam wysokociśnieniowe kartusze i maszynki Camping Gaz International. Oczywiście posługiwaliśmy się też linami i hakami polskimi.

W grudniu 1984 r. panowały w Patagonii zupełnie anormalne warunki pogodowe. Dwutygodniowy okres dobrej pogody- bez silnych wiatrów z zachodu oraz z prawie bezchmurnym niebem (15-29 grudnia)- zdarza się tu wyjątkowo rzadko. Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszych kilkaset metrów pokonywaliśmy w bardzo niekorzystnych warunkach- przy silnym zaśnieżeniu i zalodzeniu skały, podczas gdy w tym czasie inne zespoły mające chrapkę na Fitz Roya oczekiwały na lepszą okazję? Gdy pogoda się poprawiła, słońce zaczęło wytapiać śnieg wypełniający ścianę i kaskady wody wypełniły kominy i rysy. Razem z wodą zaczęły się staczać lawiny kamienne, co uniemożliwiło wejście na szczyt Szwajcarom i Włochom, a także Messnerowi, podczas gdy my, korzystając z lin poręczowych, mogliśmy pracować w suchej części ściany.

Doświadczeń ze słynnymi patagońskimi wichurami nie mieliśmy zbyt wiele. Ich huraganową siłę poznaliśmy w dniu przyjazdu w rejon Fitz Roya i podczas trwania karawany, a także na początku działalności górskiej. Po zejściu ze szczytu do bazy oraz później przy odjeździe z Hosterii żegnał nas znowu swoim jednostajnym hukiem.

Summary. Fitz Roy (3441 m), New route on the NNW face via the great diedre (groove) between north pillar and the main body of mountain, December 12 to 24, 1984. 1500 m of vertical rise- 1200 m uo to the col. UIAA V+ A1. Personnel: Wiesław Burzyński, Mirosław Dąsal, Michał Kochańczyk, Jacek Kozaczkiewicz and Piotr Lutyński (leader).