Michał Kochańczyk na szlaku przygody

email
zaawansowane wyszukiwanie

Elżbieta Trybus - Dział Fotografii Muzeum Narodowego w Gdańsku

Wywiad przeprowadzony przez Elżbietę Trybus w ramach Ogólnopolskiego projektu realizowanego przez Dział Fotografii Muzeum Narodowego w Gdańsku, który był częścią Programu Operacyjnego (Patriotyzm jutra), czego efektem był katalog pt.: "Niepokora. Artyści i naukowcy dla Solidarności 1980 - 1990".

Michał Kochańczyk w rozmowie z Elżbietą Trybus - grudzień 2006 r.

Pochodzę z domu o tradycjach niepodległościowych: ojciec był oficerem AK, mama działała w NSZ. Ja sam podczas wydarzeń marcowych w 1968 r. wieszałem w szkole transparenty popierające demonstracje studentów warszawskich. W Solidarności, choć byłem jej członkiem, jednak nie działałem.Stan wojenny uaktywnił wiele osób, członków tajnych organizacji m.in. mojego serdecznego przyjaciela Czesława Jakiela, zwanego Czesionkiem albo Świstakiem, lekarza pediatrę, ówczesnego pracownika Akademii Medycznej w Gdańsku, który był wspinaczem i członkiem Klubu Wysokogórskiego. Wraz z lekarzem Piotrem Wyszomirskim współpracował on z Bogdanem Lisem i Eugeniuszem Szumiejko. Ja natomiast byłem jednym z trybików tej organizacji: ostrzegałem różnych ludzi przed namierzeniem ich przez SB, przekazywałem taśmy z wywiadami Bogdana Lisa, które następnie za pośrednictwem wielu osób (były to wybitne osoby ze świata aktorskiego, nie mam jednak zgody, by je ujawnić) wędrowały dalej, do Warszawy, dzięki czemu później mogły się ukazać w Radio Wolna Europa i w wielu zachodnich publikacjach.

Czesław Jakiel ( z prawej) i Michał Kochańczyk
w dniu 1 września 1974 roku na ścieżce z Rysów
po przejściu drogi Orłowskiego na Galerii Gankowej.
fot. Michał Kochańczyk

Czesiek Jakiel mawiał, że: "jako tajni współpracownicy nigdy nie powinniśmy się ujawniać, nawet jak wygramy i będzie defilada zwycięstwa - pozostaniemy anonimowi. Nie wiadomo - twierdził - czy komuna nie wróci i tacy jak my nie będą znów potrzebni by walczyć przeciwko systemom totalitarnym". Bogdana Lisa, który się ukrywał w Sopocie, w mieszkaniu Anastazji Jakiel - mamy Cześka, potem chyba namierzono, w każdym razie zniknął. Trudno mi powiedzieć, ile osób w tym działało, ponieważ były to sprawy tajne i najczęściej bez nazwisk aby kogoś nie sypnąć. Była to siatka ludzi, z którymi miałem kontakt przez Czesia, ale i jego z czasem namierzono w związku z czym, trzeba było po prostu się wycofać.

W samym Klubie Wysokogórskim "Trójmiasto" - organizacji, której statutowymi założeniami były: propagowanie wspinania, organizacja wypraw i szerzenie kultury górskiej w szerokim tego słowa znaczeniu - jak najbardziej zrzeszeni byli ludzie, będący ostoją opozycji. Były to osoby bardzo aktywne i kiedy powstała Solidarność, w naturalny sposób zaczęli w tym uczestniczyć ponieważ to wynikało z ich natury, charakteru, przekonań. W większości ludzie ci reprezentowali środowisko akademickie, które w zdecydowanej większości było niechętne władzy i miało przez to opozycyjny charakter. Wyjeżdżaliśmy często razem w góry, gdzie czuliśmy się wolni i nieskrępowani wszechobecnymi "mackami" sytemu. Tam atmosfera była luźna... Za nic mieliśmy granicę państwa, wspinaliśmy się na obszarze Tatr Słowackich, często przekraczając "zieloną granicę". W Tatrach też miałem okazję spotykać i poznawać poglądy wielu ludzi opozycji, którzy jednocześnie byli aktywnymi wspinaczami, by wymienić: Janusza Onyszkiewicza, Jacka Staszelisa, Jaśka Narożniaka czy Jacka Kuronia. Zimą podczas długich dni niepogody z zapartym tchem słuchaliśmy w schronisku wykładów Andrzeja Paczkowskiego z najnowszej historii Polski.

Wspinanie i działalność w Klubie jednoczyły nas, dzięki niemu znaliśmy się, ale nie sądzę aby działały w nim jakieś wewnętrzne struktury opozycyjne, a przynajmniej nic o tym nie wiem. W latach 1977 - 1980 studiowałem afrykanistykę w Warszawie i przemierzałem Afrykę, w związku z czym nie posiadam takich informacji. Wiedziałem jedynie, że Andrzej Gwiazda działał w Wolnych Związkach Zawodowych.

 Janusz Bartos podczas wspinaczki na moście "Łuki"
(Słoneczny, Most w Dolince) w Gdańsku Brętowie
pod koniec lat siedemdziesiątych.
archiwum Anny Bartos

O opozycyjnej aktywności Klubu świadczy liczba internowanych i uwięzionych jego członków w czasie stanu wojennego. No może nie zaaresztowano połowy członków Klubu, jak w jednym z wywiadów powiedział Andrzej Paczkowski, ale było ich dużo i czuło się ich brak. Na początku stanu wojennego zostali internowani Janusz Tołłoczko, Andrzej Gwiazda, Joanna Duda-Gwiazda. Krzysztof Dowgiałło otrzymał wyrok za udział w strajku w Stoczni Gdańskiej, którym współkierował, Ewa Kubasiewicz dostała wyrok dziesięciu lat więzienia za organizację strajku w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni i był to najwyższy wyrok w stanie wojennym. Hania Stoba, studentka medycyny, została zatrzymana za pomoc w strajku w Stoczni Gdańskiej, Marek Czachor, syn Ewy Kubasiewicz, był więziony za działalność opozycyjną. Za posiadanie literatury drugiego obiegu zatrzymany został Janusz Bartos. Wiosną 1982 r. został internowany Rysiek Alesionek. Jurek Milewski, z którym byłem zaprzyjaźniony, uniknął internowania - stan wojenny zastał go w Brukseli. Później dopiero dotarły wieści o jego agenturalnej działalności. Jednak do czasu ostatecznej wypowiedzi w tej kwestii, trzeba poczekać na ustalenia Instytutu Pamięci Narodowej.

Z pewnością nie wiemy o działalności w podziemiu wielu członków Klubu. W bardzo głębokiej konspiracji działał Piotr Kwiek, profesor fizyki naszego Uniwersytetu Gdańskiego, który organizował na dużą skalę dostawy sprzętu poligraficznego dla podziemnej Solidarności. Nawet zostałem poproszony o doradztwo w zakresie logistyki sprawnego przeładunku sprzętu. Z racji moich doświadczeń wyprawowych opisywałem przebieg prac ówczesnych służb celnych.

W tamtym czasie ogromnym zainteresowaniem cieszyły się kursy taternickie, które organizowaliśmy i z racji frekwencji, sądziliśmy, że przy okazji SB chce wprowadzić tutaj swoich ludzi. Ponieważ kierowałem w tym czasie tymi szkoleniami, poprosiłem Janusza Molke, historyka i aktywnego członka Klubu, by podczas egzaminowania i przyjmowania chętnych na kurs, zwracał uwagę na kandydatów, czy aby nie są nasłani przez SB......po latach dowiedziałem się, że był on kapitanem SB.

Z relacji Marka Czachora, który zapoznał się z dokumentami IPN, nie ma wątpliwości, że nasyłano na nas różnych agentów. Osobą, o której wszyscy mówili i jaka się ujawniła, był Edek Czabański. To był taki ideowy, nawiedzony działacz, który napisał oficjalne pismo do władz z kopią do Klubu na Krzysztofa Dowgiałłę. Jego aresztowanie w stanie wojennym spowodowało, że pozbawił żonę i czwórkę dzieci środków do życia. Zarząd Klubu postanowił więc przyznać Krzysztofowi stypendium, na co Czabański zareagował bardzo ostro. Stwierdził, że będziemy mieć kłopoty ponieważ wniosek ten nie jest zgodny z działalnością statutową Klubu. Zaczęło się śledztwo i przesłuchiwania. Od tamtego czasu Edek został wykluczony ze społeczności klubowej i przestał się pojawiać.

Oczywiście sporo mówiło się w Klubie o kapusiach, jednak nie były to informacje potwierdzone, choć funkcjonowały w środowisku. Ja sam odczułem to boleśnie, kiedy 1 grudnia 1981 r. podjąłem pracę w Centromorze w Gdańsku. Otóż już trzeciego dnia dowiedziałem się, że jestem synem oficerów Służby Bezpieczeństwa (którzy ponoć mieli moje nazwisko) i wszyscy byli przekonani, że oddelegowano mnie tu jako agenta. Taka jest siła plotki, kiedy się pojawia, jest nie do zwalczenia.

Jeśli chodzi o moje wyprawy, dwukrotnie otrzymałem odmowę wydania paszportu z tzw. "wyższych względów społecznych". W 1980 r. nie pojechałem z tego powodu na wyprawę w góry Afryki Wschodniej, a w 1981 r., kiedy byłem kierownikiem gdańskiej wyprawy w Himalaje Garhwalu również dostałem odmowę wydania paszportu. To były kary za przedłużenie deklarowanego pobytu za granicą. W 1978 r. zgłosiłem wyjazd do Tanzanii na cztery miesiące ( nie miałem więcej dolarów na udokumentowanie pokrycia kosztów wyjazdu), w rzeczywistości wyprawa trwała prawie dwa lata. Na szczęście 1981 rok był rokiem Solidarności, władza już nie była taka mocna i po wielu interwencjach, w dzień przed odlotem dostałem paszport. Nie było już czasu na załatwienie hinduskiej wizy, więc jako kierownik i jedyny, który posiadał doświadczenie z gór wysokich, na miejscu poznałem koszmar tamtejszej biurokracji, nie mówiąc o nerwach ośmiu uczestników wyjazdu. Później paszporty otrzymywałem bez problemów, może dlatego że nie dałem się złapać ani sfotografować w żadnej demonstracji.

Elżbieta Trybus