Michał Kochańczyk na szlaku przygody

email
zaawansowane wyszukiwanie

Tatrzańskie mamidło

Artykuł zamieszczony w marcowym numerze czasopisma "Nie z tej ziemi" w 1996 roku.

Wędrując latem po Tatrach, czy to wspinając się po ostrych, granitowych szczytach, czy też spacerując w przytulnych dolinach, nie zdajemy sobie sprawy, że weszliśmy w tajemniczy świat duchów i strzyg, upiorów i śpiących rycerzy, o których snują opowieści starzy górale przy watrze.

Ale gdy spróbujemy iść jak najciszej o zachodzie słońca, wsłuchani w najlżejsze tchnienie wiatru, najuważniej, by dostrzec każdy szczegół tatrzańskiej scenerii, to może zobaczymy rybę o baraniej głowie, co ponoć żyje jeszcze w Morskim Oku; płanetniki, siedzące w chmurach i władające deszczem, gradem, śniegiem i wszelką niepogodą; dziwożony, podobne do kobiet, niesłychanie brzydkie, kosmate, o świecących oczach, na dodatek mające niezmierni długie, rozpuszczone czarne włosy, chodzące po lasach nago, mówiące ludzkim głosem, chętnie tańczące i śpiewające.

Niestety, tajemniczy świat tych rycerzy, płanetników i dziwożon powoli zostaje tylko zapisany w sabałowych bajaniach, lecz tajemniczy duch mnicha z mgieł i chmur wciąż jeszcze frasuje taterników i wytrawnych turystów.

Już bardzo dawno temu górale podhalańscy opowiadali przyjezdnym turystom wędrującym po Tatrach o duchu tajemniczego mnicha, którego ujrzenie wróży nieszczęście.

Michał Bałucki, komediopisarz i powieściopisarz, w utworze "Góral na dolinach" (wydanym w 1883 r.) przypuszczał, że wierzenie to wiąże się z pobytem cystersów na Podhalu w XIII w. i że :rządy mnichów musiały się dobrze dać we znaki Podhalanom, kiedy tak smutnie i niekorzystnie zapisali postać mnicha w swojej pamięci". W dawnych rękopiśmiennych spiskach (przewodnikach) do skarbów w Tatrach są wzmianki o mnichach, którzy w jaskiniach byli strażnikami ukrytych tam bogactw, ale pozwalali ich część zabierać. Według podań górali podhalańskich, inny mnich, olbrzymi i skamieniały, miał wędrować po Tatrach w nocy i trzymać w ręce klucz do skarbów i niektórym użyczał go dobrowolnie, a innym dopiero na zaklęcie czarodziejskie.

Surowy kamienny świat krzesanych turni tatrzańskich już samym swoim widowiskiem wywołuje lekki dreszczyk emocji u ludzi wychowanych na nizinach, nieprzywykłych do wielkich przepaści, huku wodospadów pieniących się u wylotów żlebów i stromych płatów twardego śniegu, zalegającego w Tatrach od wczesnej jesieni.

I cóż przeżywali sto lat temu, stojący na szczycie turyści, czujący grozę eksponowanego terenu, gdy nagle zobaczyli, na znajdujących się poniżej mgłach i chmurach własną, zogromniałą, niezwykle wydłużoną sylwetkę? Każdy z nich widział potężną zjawę i niewyobrażalnie wielki cień swojej poruszającej się ręki. Niektórzy jeszcze widzieli autentyczną wielką aureolę, otaczającą głowę.

Każdego roku wielu przewodnikom górskim i turystom ukazywała się tajemnicza zjawa górska, choć byli i tacy, co chodzili przez całe życie po górach i nigdy się na nią ni natknęli.

Powstała legenda, że to "złe", że spotkanie z własnym cieniem grozi śmiercią, choć wtajemniczeni dodawali, że nie dotknie żadna przykrość tego, kto ową zjawę więcej niż trzy razy zobaczy.

Ale ludzie, jak to ludzie, są dociekliwi i odarli z resztek tajemnic i to mamidło górskie.Po raz pierwszy zjawisko tego typu opisano podczas obserwacji z granitowego szczytu Brocken (1142 m n.p.m.), w górach Harzu w Saksonii (w byłej NRD). Stąd wywodzi się nazwa "widmo Brockenu".

Zjawisko to polega na odbiciu własnego, powiększonego cienia w otoku tęczowego koła, na chmurze, odgrywającej rolę ekranu, w momencie gdy znajdziemy się między nią a słońcem. Zaś aureola, czyli jeden lub kilka koncentrycznych barwnych kręgów, otaczający odbicie obserwatora na tle mgły, to też meteorologiczne zjawisko, powstające wskutek dyfrakcji światła na kropelkach wody. Gloria często jest widoczna dookoła cienia lecącego samolotu.

Ja sam wiele lat chodzę po górach i już osiem razy zetknąłem się z widmem Brockenu, i mimo że znam zasadę tego zjawiska, za każdym razem mój wielki, wyolbrzymiony cień wywołuje groźne i przytłaczające wrażenie. Ta zjawa jest sama w sobie niepokojąca, działa na wyobraźnię i choć nie jestem zabobonny, to jakby trochę ostrożniej zachowuję się potem w górach.

A legendę o niebezpieczeństwie śmierci w górach, wywróżonej przez widmo Brockenu, wymyślili sami wspinacze w okresie międzywojennym. Taternik Jan Alfred Szczepański w 1925 roku zaczął rozpowszechniać wymyśloną przez siebie niby - legendę, że pierwsze spotkanie z mnichem tatrzańskim (widmem Brockenu) wróży niebezpieczeństwo śmierci w górach, ale gdy spotkań tych minie trzy, zła wróżba zmienia się w dobrą. Tę niby - legendę można obecnie często usłyszeć od taterników, którzy jednak na ogół nie wiedzą, skąd się wzięła.

A ja wszystkim życzę wielu udanych górskich wędrówek i spotkań na perci z widmem Brockenu. To naprawdę duże przeżycie.

Michał Kochańczyk