Michał Kochańczyk na szlaku przygody

email
zaawansowane wyszukiwanie

Stanisław Kazimierz Kochańczyk - mój Ojciec

Ojciec był dla mnie dużym autorytetem. Ja po prostu zawsze wierzyłem, że Ojciec potrafi wszystko zrobić, że jest odważny, nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych do pokonania...

Ojciec urodził się w dniu 11 października 1912 w Nisku nad Sanem, był drugim dzieckiem w rodzinie Michała i Zofii (z domu Kara) Kochańczyków. Starsza siostra Maria urodziła się rok wcześniej, najmłodsza siostra Emilia siedem lat później, już po zakończeniu pierwszej wojny światowej.

Nisko, małe galicyjskie miasteczko na skraju c.k. monarchii Austrio-Węgierskiej, pod koniec XIX za sprawą hrabiego Oliviera Resseguiera i jego żony Marii z Kinskych, właścicieli Niska, przeżywało dynamiczny rozwój. Wpływy Resseguiera sprawiły, że w 1896 rozpoczęto budowę linii kolejowej z Przeworska do Rozwadowa, wiodącej przez Nisko. Resseguierowie nie tylko zbudowali pałac, ale doprowadzili do powstania dużego tartaku, dwóch cegielni, młyna, browaru, w 1904 roku ufundowali budynek Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". W pamięci mieszkańców szczególnie hrabina Maria Resseguier zapisała się jako bardzo prawa osoba, niezwykle zaangażowana w rozwój Niska. W 1912 roku hrabia Resseguier przekazał budynek "Sokoła" Towarzystwu Gimnazjalnemu, powstała pierwsza średnia szkoła na ziemi niżańskiej.

Pocztówka Niska z 1912 . Ulica Sandomierska /obecnie Wolności/ patrząc w stronę Rudnika.
W głębi, w przedłużeniu ulicy, dom, gdzie od początku lat dwudziestych mieszkał Ojciec.
Po prawej stronie pocztówki hotel, zburzony w czasie działań wojennych w 1914 roku.
Po lewej stronie budynek obecnego Liceum Ogólnokształcącego.
Pocztówka ze zbiorów Piotra Barcia, umieszona na stronie www.szukamypolski.com

Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół" i gimnazjum w Nisku odegrały wielką rolę w kształtowaniu polskości młodych ludzi. Gimnazjaliści walczyli w legionach Piłsudskiego, a w 1918 uczniowie starszych klas poszli ochotniczo bronić Lwowa. Najwięcej jednak młodzieży walczyło w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku.

W takiej oto atmosferze miasteczka wychowywał się mój Ojciec, choć z pewnością dzieciństwo nie było sielankowe. Gdy Ojciec miał dwa lata, wybuchła pierwsza wojna światowa. Michał Kochańczyk, mój Dziadek został powołany do wojska i przez ponad cztery lata nie było go w domu. Z tego okresu Ojciec zapamiętał wizytę austriackich żandarmów, którzy pod koniec wojny w domu poszukiwali Dziadka. Ubrani byli bardzo kolorowo, niczym bażanty, musieli zrobić duże wrażenie na młodym chłopcu. A ranny Dziadek dostał się do niewoli rosyjskiej, ale widać wojskowa administracja austriacka potraktowała Dziadka jako dezertera.

 Rodzinne zdjęcie w Nisku w 1935 roku.
Siedzi Zofia Kochańczyk z domu Kara - Babcia;
Stoją od lewej: Stanisław Kochańczyk - Ojciec,
Michał Kochańczyk - Dziadek,
Emilia Kochańczyk, siostra Ojca.
Archiwum rodzinne

W okresie młodzieńczym Ojca w domu z pewnością się nie przelewało. Dziadkowie posiadali małe gospodarstwo rolne, hodowali krowy, świnie, Babcia prowadziła sklepik, wynajmowała pokój uczniom z gimnazjum, Dziadek był masarzem, ale że dosyć często popijał, toteż na głowie Babci spoczywała troska o utrzymanie rodziny. Czasami nawet było i tak, że gdy Dziadek wracał z mszy porannej, Ojciec pożyczał od Dziadka buty i dopiero mógł iść do kościoła. Jednak w tak trudnych warunkach Dziadkom udało się wykształcić wszystkie dzieci. Ta ciągota Dziadka do kieliszka niewątpliwie wywarła wpływ na Ojca; u nas w domu nigdy nie pojawił się mocny alkohol, a Ojciec w ogóle nie pił.

To były takie czasy, że dzieci pracowały na gospodarstwie razem z rodzicami (zresztą nadal tak się dzieje we wielu wioskach w Polsce). Ojciec razem Dziadkiem kosili zboże i trawę, sadzili i zbierali ziemniaki. Ojciec zajmował się końmi, trzodą chlewną. Najbardziej chyba dokuczliwe było długotrwałe piłowanie i rąbanie drewna na opał, o tym Ojciec często wspominał. Na szczęście Dziadkowie otrzymywali drewno w ramach serwitutów, opału nigdy nie brakowało. Dom był oświetlany lampami naftowymi, bywało niejednokrotnie, że brakowało pieniędzy na naftę. Oświetlenie elektryczne zainstalowano na początku lat czterdziestych.

Wielką pasją Ojca, która towarzyszyła Mu przez całe życie, był sport, a właściwie lekka atletyka. Prawie cały wolny czas Ojciec spędzał na miejskim stadionie sportowym, był aktywnym członkiem Gimnazjalnego Klubu Sportowego "Orkan" w Nisku. Ojciec był dość wszechstronny, trenował i startował w wielu dyscyplinach: w rzucie dyskiem i oszczepem, w skoku w dal, w biegach krótkich i średnich. Grał w piłkę nożną. Brał udział w biegach ulicznych i terenowych. Chyba dwa razy udało się Ojcu zająć pierwsze miejsce w biegu na 1500 metrów w lokalnych zawodach w Nisku, z tych osiągnięć był bardzo dumny. Po Ojcu odziedziczyłem spore drewniane pudełko z medalami zdobytymi przez Niego.

Start do biegu ulicznego w Rozwadowie w dniu 1 maja 1932 roku.Drugi zawodnik po prawej - Stanisław Kochańczyk.
Archiwum rodzinne

Te ćwiczenia sportowe przyczyniły się do Jego sprawności i wytrzymałości, cechy te z pewnością przydały się Ojcu podczas działalności w partyzantce. Ojciec był wysportowany, ładnie zbudowany. Znajomi z Jego pokolenia wspominali, że na brak powodzenia u dziewcząt nie narzekał. Gdy Ojciec przyjeżdżał do mojej przyszłej Mamy, nawet moja Babcia Waleria, która nie lubiła Ojca, osoba bardzo wymagająca i powściągliwa, zwróciła uwagę: - Ach, jak ten Staszek bardzo ładnie chodzi....

W Nisku Ojciec dorastał wśród licznego grona ciekawej, patriotycznej młodzieży. Zawarł w tym czasie wiele zażyłych przyjaźni, szczególnie Ojciec wspominał Juliana Dziedzica i Józefa Kotwicę. Julian Dziedzic został zamordowany w Katyniu. W naszym mieszkaniu w Oliwie, na dnie najgłębszej szuflady Ojciec trzymał pocztę od Juliana Dziedzica z obozu dla internowanych jeńców polskich w Kozielsku. Ta korespondencja zanikła w kwietniu 1940 roku. Gdy w 1948 roku pojawiła się groźba przeprowadzenia rewizji mieszkania przez Urząd Bezpieczeństwa, Ojciec przezornie zniszczył listy. W Nisku mieszkała również społeczność żydowska, Ojciec utrzymał dobre kontakty z kolegami z klasy mojżeszowego wyzwania. Jako że Dziadek był masarzem, niejednokrotnie po uboju świni było sporo kiełbas i Ojciec częstował nimi swoich kolegów. Któregoś razu któryś z kolegów Ojca, Żyd, kiełbasę wieprzową schował u siebie w domu w piecu. Pechowo się stało, że przyszły chłody, otwarto piec i znaleziona kiełbasę. Kolegę Ojca za to świętokradztwo wygnano z domu i posypały się na niego gromkie, straszne przekleństwa słyszalne niemal w całym miasteczku. Najstraszniejsza klątwa brzmiała: - Obyś się posrał drutem kolczastym!

Ze wspomnień Ojca pamiętam opowieści z lat gimnazjalnych o zabawach tanecznych, kuligach, o częstych spacerach nad pobliski San. Z pewnością tam Ojciec nauczył się pływać, o basenach pływackich jeszcze nikt nie śmiał marzyć w tamtych czasach. Ojciec hartował swoje ciało, z kolegami pływali w Sanie do listopada.

W Nisku działało prężnie harcerstwo, głównie za sprawą Stanisława Sokołowskiego, gimnazjalnego nauczyciela historii i geografii, doskonałego organizatora. Ojciec był aktywnym członkiem drużyny harcerskiej, latem brał udział w obozach harcerskich, a w latach 1930 i 1931 uczestniczył w letnich obozach Przysposobienia Wojskowego w Zelemiance w Bieszczadach Wschodnich. Któregoś lata obozy zgrupowania harcerskiego wizytował sam prezydent Ignacy Mościcki. Gdy dotarł do niżańskiego hufca i zobaczył ładnie zagospodarowany obóz oraz równo ustawionych harcerzy, wypowiedział potem długo w Nisku powtarzane słowa:- Nisko ale WYSOKO!

Niżańskie państwowe gimnazjum było szkołą na dobrym poziomie, posiadającą bardzo dobrą, wymagającą kadrę nauczycielska. Szkoła spełniała oczekiwania społeczeństwa. Absolwenci szkoły dostawali się na studia i zajmowali w pracy zawodowej wysokie stanowiska. W okresie nauki Ojca szkoła miała profil humanistyczny, wielki nacisk kładziono na naukę języków łacińskiego, polskiego, niemieckiego, historii, propedeutyki filozofii, geografii. Szkoła dała Ojcu olbrzymią wiedzę, mimo że Ojciec wcale nie był najlepszym uczniem, wręcz przeciwnie. Treningi sportowe, zajęcia harcerskie widać były dla Ojca ważniejsze niż nauka, powtarzał nawet jedną klasę. Maturę Ojciec zdał w 1933 roku.

Maturalne zdjęcie w Państwowym Gimnazjum w Nisku w 1933 roku. Stanisław Kochańczyk w drugim rzędzie, trzeci od prawej.
Archiwum rodzinne

Niestety Dziadkowie nie mieli środków na dalsze kształcenie. Niedawno sprzedali część swoich ziem, by Marysia, starsza siostra Ojca mogła pójść na studia. Z pracą było ciężko w tym czasie, toteż jedyną możliwą dalszą drogą dla młodego mężczyzny po maturze było wojsko.

Niestety Ojciec nie dostał się wymarzonej swojej Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. W tym czasie Szkołę Podchorążych w Warszawie , która przygotowywała kandydatów do specjalistycznych szkół oficerskich, przemianowano na kurs unitarny przy Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej. Absolwenci tego kursu, po rocznym szkoleniu ogólnowojskowym, przygotowującym do szczebla dowódcy drużyny, uzyskiwali tytuł podchorążego i prawo przystąpienia do egzaminów wstępnych do specjalistycznych szkół podchorążych, kształcących kandydatów na oficerów.

We wrześniu 1933 roku Ojciec został powołany do Rożana na Kurs Unitarny przy Szkole Podchorążych Piechoty w Komorowie koło Ostrowi Mazowieckiej, z którego został zwolniony w marcu 1934 roku z powodu ostrego i przewlekłego zapalenia stawów. Następnie we wrześniu 1934 roku Ojciec został powołany na cały rok na Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy Piechoty przy Czwartym Pułku Piechoty Legionów w Kielcach, który to kurs Ojciec ukończył w stopniu kaprala podchorążego.

Szkolenie było bardzo wszechstronne, wojsko dbało nie tylko o merytoryczne wojskowe wykształcenie podchorążych, ale też o ich ogólny rozwój. Podchorążowie mieli do wyboru udział w różnych kursach: żeglarskim, spadochronowym, narciarskim... Ojciec wybrał kurs szybowcowy w Uhercach, dużo niestety nie polatał, w czasie kursu bowiem bardzo wiało. I też w ramach szkolenia były obowiązkowe wędrówki górskie.

Ojciec jeszcze potem trzykrotnie w latach 1936, 1937 i 1938 był powoływany na miesięczne szkolenia. Podczas tych szkoleń Ojciec otrzymał uprawnienia pomocnika instruktora narciarstwa nizinnego (wydanego w lutym 1937 roku przez Okręgowy Ośrodek Wychowania Fizycznego przy Dowództwie Okręgu Korpusu nr III w Wilnie) oraz przodownika pływania (wydanego w lipcu 1934 roku przez Okręgowy Urząd Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego przy Dowództwie Okręgu nr X w Przemyślu). Również Ojciec ukończył w sierpniu 1934 roku kurs referentów sportowych powiatu.

W dalszym ciągu, nie mając warunków materialnych na pełne studia wyższe, Ojciec zapisuje się na Roczne Studium Handlowe we Lwowie, które kończy w czerwcu 1936 roku. Potem przez ponad rok Ojciec zostaje bezrobotnym, nie mogąc nigdzie znaleźć pracy.

W maju 1937 roku we wsi Pławo niedaleko Niska ścięto pierwsze sosny, przygotowując teren pod budowę Zakładów Południowych, jedną z największych inwestycji Centralnego Okręgu Przemysłowego. W nowopowstałej w tym miejscu Stalowej Woli, w zakładzie zbrojeniowym Ojciec w listopadzie 1937 roku dostał pracę, jako referent gospodarki materiałowej osprzętu artyleryjskiego.

Na dwa tygodnie przed wybuchem wojny Ojciec udał się na rowerze do Krosna nad Wisłokiem, by odwiedzić tam kogoś z rodziny. Tam na plaży nad rzeką poznał Leokadię Dzidek, moją przyszłą Mamę.

W tych dniach czuło się już zbliżającą wojnę. Ojciec jednak promieniował optymizmem. Był głęboko przekonany o sile polskich sił zbrojnych. W czasie pierwszych rozmów, zapewniał całe towarzystwo Mamy, że gdy wybuchnie wojna i Polacy dojdą do Berlina, to On przywiezie mojej Mamie torebkę ze skóry Niemca. Widać takie nastroje panowały w środowisku Ojca, plakaty na ścianach wszak głosiły: "Silni, zwarci, gotowi".

Kampania wrześniowa skończyła się sromotną klęską Polski. Ojciec, jako pracownik przemysłu zbrojeniowego, nie otrzymał karty mobilizacyjnej, natomiast w dniu 30 sierpnia 1939 roku został przydzielony jako dowódca plutonu do Batalionu Obrony Narodowej w Stalowej Woli, dowodzonego przez podpułkownika Stanisława Trzebunię.

W dniu 6 września czasie nalotu lotniczego w Modliborzycach Ojciec został ogłuszony i stracił całkowitą słyszalność w jednym uchu. Następnie po utarczkach pod Janowem i Turobinem, cały Batalion w dniu 17 września został rozbity pod Hutą Turobińską, gdzie ojciec został postrzelony w nogę. W dniu 23 września w Tokarach Ojciec zakopał broń i udało mu się uciec przed dostaniem się do niewoli. Przez ponad miesiąc trwała rekonwalescencja Ojca w mieszkaniu kolegi w Kurzynie Wielkiej.

W końcu października 1939 roku Ojciec odważył się wrócić do rodzinnego Niska, Od samego początku pobytu w Nisku Ojciec włączył się w nurt działalności podziemnej, najpierw w Związku Walki Zbrojnej, a potem w Armii Krajowej. Wspólnie z harcerzami ze swojej drużyny wydobywali w okolicznych lasach znaczne ilości zakopanej broni, zakonserwowali ją i ukryli. Ojciec uczestniczył w pracach komitetu pomocy dla rodzin, w których mężowie nie wrócili z działań wojennych jak również dla rodzin wysiedlonych z Wielkopolski.

Na polecenie Związku Walki Zbrojnej podjął w dniu 9 listopada 1939 roku pracę w Stalowej Woli, zakład już nosił nową nazwę: Stahlwerke Brausnchweig G.m.b.H Werk Stalowa Wola. Stanowisko zapisane na ausweisie brzmiało: Angestellter ? pracownik.

Dla Ojca przegrana kampania wrześniową była osobistą klęską. Przegrała armia z którą się utożsamiał, z którą wiązał jakże wielkie nadzieje. Było mu głupio napisać do nowopoznanej Leokadii Dzidek z Krosna, bo czuł się jakby skompromitowany.

Natomiast widać mój Ojciec zrobił na Leokadii Dzidek pewne wrażenie, bo zaniepokojona brakiem wieści od Ojca, moja przyszła Mama odważnie napisała list do rodziców Ojca, prosząc o wiadomość, co się dzieje z ich synem, czy żyje, czy aby nie został ranny.

To były takie czasy, że list od panny z takim zapytaniem wskazywał na jedno, że jest w ciąży. Dziadkowie wzięli Ojca na stronę, Ojciec wręcz musiał przysięgać, że to tylko koleżeńska znajomość. Ale znajomość została podtrzymana, przez kilka lat Ojciec często odwiedzał Mamę w Krośnie.

Ojciec, jako pracownik gospodarki materiałowej w zakładach Stalowej Woli, zorganizował cały system dostarczania i przerzucania za San przeróżnych materiałów (paliwa, smarów, części zapasowych do uzbrojenia, środków opatrunkowych, odzieży ) dla organizacji podziemnej. Kierował organizacjią kolportażu czasopisma podziemnego "Odwet", redagowanego przez Władysława Jasińskiego (legendarnego "Jędrusia") i Tadeusza Szewerę. Opracowywał plany szkolenia i prowadził wykłady w tajnych kursach podoficerskich i podchorążych w Nisku, Stalowej Woli, Rudniku, Rozwadowie i Ulanowie. W tym czasie ojciec posiadał stopnień oficerski, relacje świadków mówią, że jako porucznik uczestniczył w kampanii wrześniowej.

Ojciec zajmował się także obserwacją transportów wojennych i dyslokacją wojsk, sabotażem. Ojciec opowiadał o niesamowitym ruchu wojskowym wiosną i w czerwcu 1941 roku. To dzięki takim ludziom jak Ojciec, dzięki całej szerokiej strukturze Związku Walki Zbrojnej, Churchill dysponował wystarczającymi materiałami o stanie przygotowań Niemców do ataku na Związek Radziecki.

W czasie wojny ojciec uczestniczył w Warszawie na kursach sabotażu, szkolenie przeprowadzali przeszkoleni cichociemni, zrzuceni do Polski na spadochronach.

Sabotaż w Stalowej Woli miał bardzo różne oblicza. Między innymi Ojciec wspomniał przypadek, jak dzięki odpowiednio zredagowanym dokumentom, wywieziono do lasu, do partyzantów cały wagon koców. Ojciec też podziwiał pedantyczność Niemców, którzy jeszcze tuż przed wejściem Rosjan do Stalowej Woli, przysłali specjalną inspekcje, do zbadania tej sprawy.

Pod koniec października 1943 placówka AK w Nisku, kierowana przez kapitana Mieczysława Maroszka (rozstrzelany 1.11. 1943 r.), została rozpracowana przez gestapo. Ojciec został aresztowany w dniu 31.10. 1943 roku, jednakże następnego dnia udało Mu się uciec podczas transportu więźniów.

Ponieważ Ojciec był za bardzo znany na swoim terenie, organizacja podziemna zorganizowała mu przerzut na Podkarpacie. W dniu 7 listopada 1944 roku Ojciec pojechał do Krosna, od tego czasu posługiwał się fałszywymi kenkartami, wystawionymi na nazwiska Zając oraz Kostrzewski.

W Krośnie poprzez kontakty mojej Mamy zdobył pracę nauczyciela we wsi Izdebki. W konspiracyjnej działalności w placówce AK "Izdebki", prowadzonej przez porucznika Tomasza Gładysza ps. "Nowina", Ojciec m.in. zajmował nauczaniem łączności oraz prowadził szkolenie wojskowe na kursach w Izdebkach, Domaradzu i Brzozowie. Dwukrotnie uczestniczył w dniach 30 maja i 3 czerwca 1944 r. w odbiorze zrzutów lotniczych w Woli Jasienickiej. W tym okresie działalności Ojciec posługiwał się pseudonimem konspiracyjnym "Orkan".

Ojciec brał udział w akcji wysadzania mostu podczas przejazdu transportu wojskowego pod Pisarowcami koło Nowosielec (pod Sanokiem) w dniu 9 kwietnia 1944 roku. Był to jeden elementów akcji "Jula", polegającej na jednoczesnym przerwaniu i zablokowaniu komunikacji niemieckiej na kilku "dofrontowych" liniach kolejowych między Krakowem a Lwowem. Komunikacja została przerwana na 48 godzin. Również Ojciec uczestniczył w likwidacji konfidenta Janickiego w miejscowości Blizne w dniu 12.04.1944 r. oraz żandarma Jochela w Domaradzu. W dniu 4 maja 1944 brał udział w zasadzce pod Wolą Komborską na oddział żandarmerii., która podążała na pacyfikację do Dynowa. Także w życiorysie konspiracyjnym Ojca było miejsce na zorganizowanie schronienia dla trzech więźniów radzieckich z obozu w Szebniach. Również pojawia się epizod przepędzania z miejscowości Hłudno i i Obarzym grasujących tam band ukraińskich.

Armia Radziecka wkroczyła do Izdebek 22 sierpnia 1944 roku, a miesiąc później kapitan Józef Cząstka, komendant obwodu Armii Krajowej Brzozów dokonuje rozwiązania oddziałów Armii Krajowej na tym terenie.

W październiku 1944 roku Ojciec zgłosił się do komisji poborowej w Krośnie, gdzie został przez komisję lekarską zwolniony ze służby wojskowej, ze względu na ostre zapalenia stawów i ogólny stan wyczerpania fizycznego. W grudniu 1944 roku Ojciec rozpoczął pracę jako zaopatrzeniowiec w Fabryce Obuwia w Krośnie, gdzie pracował do 30 czerwca 1945 roku. W maju 1945 Ojciec ukończył trzymiesięczny kurs kierowców samochodowych dla prowadzenia pojazdów przeznaczonych do użytku publicznego.

Po wkroczeniu Armii Radzieckiej Oddziały Armii Krajowej i późniejsze organizacje podziemne na tym terenie, podjęły działalność przeciwko nowej władzy, odbijano więźniów, przeprowadzono akcje na konwoje wojskowe, rozbito kilka banków. Ojciec nie chciał walczyć z czerwonymi, uważał, że to już nie ma sensu.

Taka postawa mogła się jednak nie podobać podziemnym strukturom, a w dodatku pod koniec czerwca 1945 roku NKWD zaczęło się interesować Ojcem, toteż Ojciec zdecydował się na wyjazd do Gdańska, do którego dotarł na początku lipca 1945 roku i 21 lipca 1945 roku podjął pracę w Biurze Odbudowy Portu czyli w porcie na stanowisku kierownika oddziału zaopatrzenia technicznego.

Niebezpieczne to były czasy. Domy i rozszabrowane mieszkania ziały pustką, dwukrotnie w ciągu nocy do zajętych przez Ojca mieszkań wkraczali Rosjanie, strzałami karabinowymi wywalali zamki i wyrzucali Ojca na ulicę.

Jeszcze na dwa dni Ojciec wrócił we wrześniu 1945 roku do Krosna, by wziąć ślub z moją Mamą i zabrać Ją do Gdańska. Zamieszkali w Wrzeszczu, przy ulicy Lelewela 23. W dniu 16 lutego Rodzice wprowadzili się do przestronnego mieszkania na pierwszym piętrze wolnostojącego domu przy ulicy Drożyny 24, na rogu ulic Wita Stwosza i Drożyny w Oliwie. Historia tego domu i mieszkania opisana jest tutaj. W mieszkaniu tym mieszkali już do końca swoich dni.

Pierwsze lata po wojnie to okres niebywałego zrywu społeczeństwa polskiego, które tak długo oczekiwało na zakończenie wojny. Do Gdańska z wielu stron Polski, także z kresów wschodnich, przybyło wiele aktywnych osób. Mimo olbrzymich niedostatków aprowizacyjnych, dużej biedy, ludzie ofiarnie społecznie pracowali przy odgruzowaniu miasta, tworzyły się liczne organizacje społeczne, rodziła się nowa dynamiczna społeczność. Ojciec od razu z werwą zaangażował się rodzące się życie sportowe w Gdańsku, zaczął działać w sekcji lekkoatletycznej "Gedani", startował w kilku konkurencjach na mistrzostwach Polski w lekkiej atletyce w Olsztynie w 1946 roku. Również w pracy zawodowej Ojciec wykazywał niebywałą energię. Wielokrotnie dla pracowników portu organizował wycieczki na grzyby albo na tzw. "zieloną trawkę". Setki pracowników portu z rodzinami wyruszało na ciężarówkach poza miasto, by kilka godzin spędzić w lesie.

Bo las był dla Ojca bardzo ważny, z pewnością pedagodzy niżańscy wykształcili u swoich uczniów szacunek dla przyrody, w czasie szkolnych wycieczek przedstawiali im wartości lasu, poszanowanie środowiska leśnego. Być może w ciężkim czasie przedwojennym, pobyt w naturze, przebywanie w lesie , przyciągającym swoją wyjątkowością, był odskocznią dla Ojca od spraw codziennych, ubarwiał Jego życie. Moje pierwsze kroki w lesie stawałem z Ojcem, dzięki Niemu rozróżniałem gatunki drzew, usiłowałem rozpoznawać głosy szczygła czy kosa. Może też do fascynacji lasu przyczynił się Stefan Żeromski, którego Ojciec był wielkim wielbicielem. Cytat z "Puszczy Jodłowej" Stefana Żeromskiego "Puszcza jest niczyja - nie moja ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta!", był jakby przewodnim hasłem Ojca.

Pasja sportowa Ojca naturalnym biegiem rzeczy przeniosła przekształciła się w działalność sędziowską. Praktycznie do końca lat siedemdziesiątych od wiosny do jesieni Ojciec sędziował wszystkie możliwe zawody lekkoatletyczne rozgrywane w Trójmieście. Ojciec wielokrotnie pokazywał mi miejsce na stadionie Lechii w Gdańsku, gdzie w południe w niedzielę 14 maja 1950 roku pracował jako sędzia startowy i "wypuszczał" zawodników do biegu na 1500 metrów Niespodziewanie zawiadomiono Go o czekającej rozmowie telefonicznej. Dzwoniła pani Wanda Wyszyńska, sąsiadka, zawiadamiając Ojca o moim narodzeniu. Ja czasami określałem siebie jako dziecko stadionów, wielokrotnie Ojciec w soboty i w niedziele zabierał mnie na zawody lekkoatletyczne , z wielką dumą ze stoperem w ręku mierzyłem czasy zawodników, byłem ulubieńcem sędziów i zawodników. Dzięki Ojcu poznałem czołówkę polskich lekkoatletów z końca lat pięćdziesiątych, członków legendarnego ze Sztokholmu.

Z biegiem lat Ojciec uzyskiwał kolejne stopnie sędziowskie, aż do stopnia sędziego międzynarodowego mianowanego. Władze sportowe odznaczyły Go najwyższymi resortowymi odznaczeniami, przyznawanymi działaczom sportowym. Praca sędziowska była społeczna, choć jedna korzyść była taka, że na podstawie legitymacji Zasłużonego Działacza Kultury Fizycznej, Ojciec miał prawo bezpłatnego wstępu wraz z osobą towarzysząca na wszelkie zawody sportowe.

Powojenna sytuacja polityczna w Polsce pozostawiła trwałe piętno na psychice i zdrowiu ojca. Ojciec wielokrotnie opowiadał, że okres UB przeżył gorzej niż czas gestapo. Gdy ogłoszono tzw. amnestię w 1947 roku, Ojciec zgłosił się do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nisku i przyznał się do swojej działalności konspiracyjnej w Armii Krajowej. Zaowocowało to szybkimi skutkami: kilkakrotnie "organy" szykanowały Ojca, sugerując Mu, że za niedługo pozbawią go zameldowania na terenie Wybrzeża. W 1950 roku zabrano Ojcu kierownicze stanowisko, a 1952 roku, jako wrogowi ludu pracującego, wypowiedziano pracę w porcie, Ojciec z trudem znalazł pracę w Gdańskich Przedsiębiorstwie Zakładów Budowlanych, które później nosiły nazwę Gdańskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego. Wielokrotnie grożono Ojcu wykwaterowaniem z naszego mieszkania, chyba tylko jakimś cudem Rodzice utrzymali mieszkanie. Jako przykład atmosfery panującej w czasach stalinowskich, Ojciec podał sytuację, kiedy to na zebranie sędziowskie przyszedł politruk i wymusił na obecnych wyrzucenie z grona działaczy sportowych faszystowskiego, sanacyjnego generała Wiktora Thommée. Ojciec, jako człowiek honoru, dla którego generał brygady Wiktor Thommée, bohaterski dowódca Twierdzy Modlin w 1939 roku, był niemal bohaterem narodowym, nie mógł nie wypowiedzieć swojego zdania, co zostało skrzętnie zapisane....

Przyjście do władzy ekipy Gomułki, październikowa odwilż w 1956 roku zostały przyjęte przez Ojca z dużą ulgą, choć warunki w zakładzie pracy niewiele się zmieniły. Ojciec jako bezpartyjny, obnoszący się ze swoimi poglądami, nigdy nie awansował. W porównaniu z innymi partyjnymi pracownikami otrzymywał znikome premie i nagrody pieniężne. Ojciec, prowadzący gospodarkę materiałową dużego przedsiębiorstwa, które budowało między rafinerię, Port Północny, "Bimet" - zakłady łożysk, fabrykę nawozów fosforowych, celulozownię w Kwidzynie a także najwyższy biurowiec tzw. "Zieleniak", budynek Centrum Techniki Okrętowej, tyrał jak wół. Wielokrotnie zastawałem Go, jak po nocy w kuchni opracowywał materiały na kolejne narady produkcyjne.Dodatkowo, wydelegowany przez zakład pracy, przez cztery lata pełnił społecznie funkcje ławnika w Kolegium Karno-Administracyjnym przy Prezydium Dzielnicowej Rady Narodowej w Gdańsku-Wrzeszczu. Z pewnością klimat w pracy zawodowej i duża odpowiedzialność materialna przyczyniły się do trzech kolejnych zawałów serca.

Rodzina nasza powiększała się. Moja siostra Zosia urodziła się w lipcu 1946 roku. Ja, jako upragniony syn Ojca (Ojciec bardzo chciał mieć syna), przyszedłem na świat w maju 1950 roku. Do legendy rodzinnej trafiła opowieść, jak to podczas pierwszej wizyty Ojca w szpitalu akurat otworzyłem oczy i Ojciec z dumą zawołał: - "Poznał mnie".

Ojciec w miarę swoich skromnych możliwości dbał o nasz aktywny wypoczynek. Do kanonów rodzinnych należały w czasie wiosny i lata niedzielne spływy kajakowe Opływami Motławy, Motławą i Martwą Wisłą. Ojciec korzystał z kajaków służbowych, które ze strachem w oczach wyciągaliśmy z wypalonego spichlerza na Wyspie Spichrzów w Gdańsku. Z tych kajaków korzystaliśmy podczas spływów kajakowych na Brdzie, Krutyni, Czarnej Hańczy. Choć po raz pierwszy Ojciec włożył mnie do kajaka na Sanie, kiedy miałem chyba dwa lata.

Zimą rodzinnie przemierzaliśmy nasze Oliwskie Lasy na nartach, nie mieliśmy wiązań do nart biegowych; skórzane buty, wiązania typu "Kandahar", drewniane narty, bambusowe kijki narciarskie, to był nasz sprzęt.

Obydwoje Rodzice czuwali nad naszą edukacją, pilnowali naszych zadań domowych, często nam pomagali. Gdy miałem problemy ze zrozumieniem zasady dzielenia i ułamków, Ojciec cierpliwie wszystko mi przejrzyście wytłumaczył. Podobnie z wielkim zaangażowaniem przygotował dla mojej Siostry pracochłonne opracowania z literatury języka polskiego, których się spodziewał, że będą na maturze. Żartowaliśmy sobie z Niego, że powtórnie jeszcze raz zdawał maturę. Nawet moja Mama ze zdumieniem dostrzegła, że na ten czas Ojciec zrezygnował z sędziowania zawodów sportowych.

Prace ogródkowe były prawdziwą pasją Ojca. Ojciec nie tylko przekopywał, plewił, siał, podlewał, opryskiwał, sadził drzewa i krzewy w przydomowym ogródku i na działce przy pobliskiej ulicy Krasnoludków, ale także podnosił swoje kwalifikacje ogrodnicze; zaszczepił kilka gatunków jabłek na jabłoni, wprowadzał nowe gatunki śliwek i porzeczek, stosował ekologiczne opryskiwanie drzewek. W 1954 roku zbudował drewniany mały domek na działce, który stoi do tej pory. Pomagając Ojcu przy pracach ogródkowych mimowolnie zdobyłem pewną wiedzę ogrodniczą. Ojciec bardzo przykładał się, by działka wyglądała okazale, by była zadbana.

Paradoksalnie się złożyło, że dzięki działce pojechaliśmy rodzinnie w góry. Otóż w 1960 roku miasto na zabudowę mieszkaniową zabrało nam część działki i jako ekwiwalent za utraconą ziemię, wiśnie i krzewy dostaliśmy dużą, jak na owe czasy, kwotę pięciu tysięcy ówczesnych złotych. Dzięki temu mogliśmy zwiedzić wiele miast na południu Polski i przez dwa tygodnie wędrować po Tatrach. Miałem wtenczas dziesięć lat. Rok potem też pojechaliśmy w Tatry, tym razem mieszkaliśmy w Jaszczurówce, były to wczasy Funduszu Wczasów Pracowniczych. Jeszcze tylko raz pojechałem z Ojcem w góry, było to w 1965 roku, wędrowaliśmy po bieszczadzkich połoninach. Później już w góry wyjeżdżałem z kolegami.

Dzięki Ojcu trafiłem w świat fotografii. Jako mały chłopak podglądałem z zainteresowaniem całą ceremonię rozkładania ciemni fotograficznej w kuchni , zafascynowany tajemniczym procesem wyłaniających się zdjęć w kuwetach przy świetle czerwonej lampki. Gdy miałem dwanaście lat Ojciec wprowadził mnie środowisko "Szpaczków" Była to grupa młodzieży, interesująca się fotografią, gdzie zajęcia prowadził dobry znajomy Ojca, doktor Henryk Nowak, wielki propagator fotografii. Dużo się nauczyłem podczas tych spotkań, doktor Nowak w sposób bardzo przystępny wprowadzał młodzież w świat fotografii.

***

Druga Wojna Światowa stanowiła bardzo ważny rozdział w życiu Ojca, co uwidoczniło się chociażby z Jego zbiorach bibliotecznych. Praktycznie nie było takiej książki dotyczącej tego okresu, której by Ojciec nie kupił. Szczególne miejsce zajmowały pozycje dotyczące Kampanii Wrześniowej 1939 roku. Pod koniec lat sześćdziesiątych Ojciec zbudował wielkie zabudowane regały na swoje pokaźne zbiory biblioteczne.

W październiku 1976 roku wystąpił u Ojca pierwszy zawał serca i Ojciec rozgoryczony nieciekawą atmosferą panującą w Jego przedsiębiorstwie, już nie podjął pracy; na zwolnieniach lekarskich doczekał się emerytury.

Lata emerytury przeżył aktywnie, własnoręcznie zbudował szklarnię w ogródku z elementów, które pracowicie przygotowywał przez całą zimę. Ukończył kurs uprawy boczniaka, przymierzał do uprawy tego smacznego grzyba. Koledzy namówili Ojca do wędkowania. Zaowocowało to nie tylko wyjazdami Ojca na pobliskie jeziora i rzeki czy udziałami w zawodach wędkarskich (notabene z mizernymi wynikami), ale przede wszystkim pasją kolekcjonerską. Do tej pory pół wielkiego pawlacza w domu zajmuje sprzęt wędkarski Ojca. Dopiero w tym roku pobrałem część tego sprzętu; największe haczyki i błystki wziąłem jako prezenty dla Indian nad rzeką Xingu w Amazonii.

Ojciec umarł niespodziewanie 2 marca 1983 roku. Kupował w południe kwiaty u sąsiadki Ryszardy Armatyńskiej na imieniny Heleny Wiercińskiej, żony swojego serdecznego Przyjaciela. W czasie spokojnej rozmowy nastąpił mocny zawał. Przypadkowo będąca po przeciwnej stronie ulicy zaprzyjaźniona z naszym domem Marta Wyszyńska, lekarz, z wielkim poświęceniem i wysiłkiem, przywróciła krążenie. Niestety nastąpił wylew krwi do mózgu, powikłania zawału były poważne, wieczorem, nie odzyskawszy przytomności, Ojciec umarł w szpitalu.

Nie udało mi się załatwić miejsca na ulubionym przez Ojca cmentarzu w Oliwie. Do wyboru były miejsca na cmentarzach na Srebrzysku i w Łostowicach. Mama obawiała się Srebrzyska., mówiono że tam rabusie obrabowują samotne kobiety i sarny wyjadają kwiaty. Pojechaliśmy z Czesiem Jakielem na cmentarz w Łostowicach. Gołe połacie wielkich, glinianych łąk, przeznaczonych na cmentarz, wyglądały przygnębiająco, ale wokół rozbudowywało się miasto. I oczami wyobraźni widziałem już gęste krzewy i drzewa rosnące na cmentarzu. W ostatniej drodze Ojca na Cmentarzu Łostowickim towarzyszyło Mu bardzo wiele osób, z którymi współpracował w swoim jakże aktywnym życiu.